sobota, 19 kwietnia 2014

Sobotnie przygotowania


Pracowita sobota powoli dobiega końca. Co prawda to nie kot sprzątał, robił zakupy i gotował, ale kotom, jak widać, udziela się zmęczenie ludzi. Nasz nowy domownik (na zdjęciu), znajda spod restauracji, relaksuje się w świątecznej scenerii (patrz: wielkanocne palmy). Relaksu, spokoju, radości i wielu przyjemnych chwil w gronie Bliskich - tego Wam życzę! Wesołych Świąt!

czwartek, 17 kwietnia 2014

Finałowa piątka Literackiej Nagrody Warmii i Mazur Wawrzyn 2013

Kiedy na samym początku stycznia w podsumowaniu minionego roku w literaturze Warmii i Mazur pisałem o najciekawszych moim zdaniem tytułach, nie przypuszczałem, że Szanowne Jury podziela moją opinię w takim stopniu. Wskazałem… sto procent nominowanych książekJ! Nie ukrywam, że tegoroczny wybór uważam za bardzo dobry i wystawiający jak najlepszą ocenę zarówno osobom wskazującym książki, jak i samym autorom. Lecz po kolei. W finale znalazły się trzy książki wydane w warszawskich wydawnictwach, po jednej z Krakowa i Gdańska. Są książki z wydawnictw wielkich, ale nie zabrakło również tytułu z małej warszawskiej „Lampy i Iskry Bożej”. Większość nominowanych autorów jest w finale po raz pierwszy. Wyjątek stanowi w tym gronie Marta Syrwid, którą nominowano po raz drugi. W ścisłym finale najważniejszej nagrody literackiej Polski Północno-Wschodniej dominuje literatura faktu. Są to trzy pozycje: „Gogol w czasach Google’a” Wacława Radziwinowicza (Agora), „Niebezpieczny poeta: Konstanty Ildefons Gałczyński” Anny Arno (Znak) i „Zew oceanu: 312 dni samotnego rejsu dookoła świata” Tomasza Cichockiego (Carta Blanca). Pozostali finaliści to przywołana wcześniej Marta Syrwid i powieść „Bogactwo” (Lampa i Iskra Boża) oraz Paweł Jaszczuk z „Ochronką Anioła Stróża” (Oficynka). Kto wygra? Tegoroczna edycja jest już dziesiątą. Pięciokrotnie wskazano powieść, dwa razy zbiór opowiadań, zwyciężał tom wierszy i książka historyczna. Jak będzie tym razem, trudno powiedzieć. Być może Jury nagrodzi książkę, która ma bardzo aktualny wydźwięk, czyli opowieść o współczesnej Rosji Radziwinowicza? Wszystkim finalistom serdecznie gratuluję. Zwycięzcę poznamy już w maju. Oczywiście, napiszę o tym w osobnym poście.

środa, 16 kwietnia 2014

Ferdinand von Schirach „Tabu”

W podróż od Gdańska zabrałem nową książkę jednego z moich ulubionych współczesnych niemieckich pisarzy, czyli Ferdinanda von Schiracha. „Tabu”, bo o nim mowa, jest opowieścią o morderstwie, którego nie było, chociaż zarówno aparat sądowniczy, opinia publiczna i media śledziły przebieg wydarzeń z wielką uwagą. Autor jest prawnikiem i w swoich utworach zawsze sięga po historie opowiadające o „człowieku, jego klęsce, winie i wielkości”, jak o Schirachu napisał Paweł Smoleński, cytowany na okładce. Tak też jest i tym razem. Oto sławny fotograf Sebastian von Eschburg zostaje oskarżony o zabójstwo kobiety. Rzecz w tym, że ciała rzekomo zamordowanej nie odnaleziono, jest tylko krew na sukience i kilka innych poszlak. Tutaj pojawia się postać świetnie nakreślonego adwokata o nazwisku Biegler. Ten szybko odkrywa, że zeznanie wymuszono siłą, zaś cała sprawa jest mocno podejrzana. Jednym słowem, adwokat nie bardzo wierzy w te morderstwo. Jak to się kończy nie powiem. Dla zachęty przytoczę fragment, który daje wyobrażenie o postaci adwokata, który zrobił na mnie zdecydowanie większe wrażenie niż podejrzany: „Wiara to trudna kwestia. Miałem kiedyś klienta, który przez sześć lat nie był w stanie opuścić własnego mieszkania. Bał się ludzi, on też nie potrafił nikogo dotknąć. Ale poznał kobietę przez Internet. Nawet miał z nią dziecko. Potem stawał się coraz bardziej zdziwaczały. Nie mógł jeść czerwonych ani zielonych rzeczy i uważał, że śledzi go przemysł perfumeryjny. Godzinami rozmawiał z ludźmi, których nie było, i odżywiał się jedynie płatkami owsianymi. Oczywiście, jego przyjaciółka w końcu się z nim rozstała. Była miłą dziewczyną. Co tydzień go odwiedzała, robiła mu zakupy i dbała, by się nie zapuścił. Potem popełniła błąd. Uznała, że mężczyzna powinien w końcu zobaczyć ich wspólne dziecko. Udusił ją. Następnie umył jej włosy, pilniczkiem opiłował paznokcie u rąk i nóg oraz wyszczotkował jej zęby. Nożem kuchennym naciął jej skórę trzydzieści cztery razy. W rany powkładał karteczki. Na każdej napisał to samo słowo, „kapsel”. 

wtorek, 15 kwietnia 2014

Stocznia

Wczoraj pisałem o klubie B 90, zaś dzisiaj zamieszczam zdjęcia z otoczenia tego miejsca. Kilka lat temu na zaproszenie TVP Gdańsk, która robiła ze mną program o „Zmarzlinie”, miałem możliwość obejrzenia tych terenów. Pamiętam, że wówczas potrzebna była przepustka. Obecnie jest inaczej. Wiele budynków rozebrano, nie ma płotów i bez problemu można obejrzeć to miejsce, które po zmroku wygląda bardzo niepokojąco i ponuro. Miłośnicy mrocznych klimatów zapewne będą usatysfakcjonowani. Muszą jednak się pospieszyć. Za jakiś czas części obiektów, które są na zdjęciach, już nie będzie. Tam gdzie obecnie są potężne hałdy gruzu i ziemi ma powstać nowa dzielnica. Szedłem właśnie wybudowaną ulicą, która umożliwi błyskawiczne przedostanie się chociażby z dworca głównego do apartamentowców.








Nowa ulica biegnąca przez stocznię

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

B90

To nie model bombowca, a nazwa gdańskiego klubu muzycznego, który odwiedziłem wczorajszego wieczora. Zanim o pretekście do wizyty, słów kilka o samym klubie. B90 znajduje się na terenie Stoczni Gdańskiej, utworzono go w jednej z zamkniętych hal. To co powstało w potwornie zdewastowanym miejscu zasługuje na najwyższe słowa uznania. Rozmawiałem z ludźmi zajmującymi się muzyką profesjonalnie oraz z muzycznymi koneserami i opinie o tym miejscu w stu procentach znalazły potwierdzenie. Takiego dźwięku, jaki są w stanie uzyskać nagłośnieniowcy stamtąd, nie ma chyba nigdzie w Polsce. Stałem na prawo od sceny, bardzo blisko. Dźwięk był idealny, a przy tym „nie zabijał”, wrażenie było wstrząsające. Słyszałem wszystko wyraźnie, widziałem multimedia prezentowane na jednym z trzech ekranów. Klub mieści dwa tysiące ludzi, ma dwa bary. Siłą rzeczy w ciągu kilku godzin ludzie korzystają dosyć często z toalet. Teoretycznie nie mają one prawa być czyste. B90 obala mit cuchnących uryną, wymazanych i pooblepianych twórczością wandali toalet. Okazuje się, że można. Teraz sam koncert. Wczoraj w Gdańsku gościł legendarny Laibach. Zespół promował swoją nową płytę pt. „Spectre”. Słoweńcy zagrali materiał, po czym zrobili piętnastominutową przerwę. Wrócili na scenę, by w tej części koncertu zaprezentować swoje legendarne kompozycje. Milan Fras swoim charakterystycznym, niskim głosem uwiódł publikę właściwie natychmiast. Mnie jednak bardziej zachwyciła Mina Spiler – charyzmatyczna wokalistka i wielka osobowość sceniczna. To jak modelowała głos, budowała napięcie, było niesamowite. Niechętnie opuszczałem B90 około północy. Podsumowując: świetny koncert, rewelacyjny klub, bardzo profesjonalnie prowadzony. W trakcie pobytu w Gdańsku należy odwiedzić koniecznie!






piątek, 11 kwietnia 2014

Finałowa piątka Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego

Dwóch polskich autorów znalazło się w ścisłym finale Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. Przyznawana rokrocznie nagroda ma za zadanie wskazanie najlepszej książki reporterskiej jaka ukazała się w Polsce w roku poprzednim. Jury pod przewodnictwem Macieja Zaremby Bielawskiego, który zajął miejsce Małgorzaty Szejnert, wskazało pięć tytułów. Przywołani reportażyści z Polski to Wojciech Jagielski i Filip Springer. Pozostałymi finalistami zostali Szwedka Elisabeth Asbrink, oraz dwoje Amerykanów Katherine Boo oraz Mark Danner. Laureata piątej edycji poznamy podczas majowych targów książki w Warszawie. 

środa, 9 kwietnia 2014

Świat oszalał

On to wie! :)
Piszę te słowa, nie mając wcale na myśli przedwojennego thrillera amerykańskiej produkcji o takim właśnie tytule z główną rolą męską Carrola Naisha, który za inną rolę, bo niejakiego Giuseppe, otrzymał Oscara w „Saharze”. Świat oszalał, powtarzam poruszony informacją, którą usłyszałem z ust komentatora sportowego relacjonującego mecz Ligi Mistrzów pomiędzy Bayernem Monachium a Manchesterem United. Oto zawodnik tej drugiej drużyny Wayne Rooney każdego tygodnia otrzymuje na swoje konto ni mniej, ni więcej tylko trzysta tysięcy funtów. Licząc skromnie pięć złotych za funta daje to półtora miliona złotych. Owszem, szaleństwo przepłacania kopaczy trwa od dawna, pozwoliłem sobie nawet kilka lat temu zabawić się w tropienie ekstrawagancji piłkarzy, którzy, nie wiedząc, co robić z workami pieniędzy, kupowali nawet łodzie podwodne. Kto nie wierzy, niechaj przeczyta „Mistrzostwo Świata”. Wracam jednak do zarobków piłkarza Rooney’a i jego tygodniówki. Przy swojej kalkulacji przyjąłem pięciodniowy tydzień pracy. Wiadomo, że piłkarz w soboty i niedziele zwykle pracuje, czyli biega po trawie za okrągłym kawałkiem materii wypełnionej powietrzem. Te dwa wolne dla śmiertelników dni wymieniłem na poniedziałek i dajmy na to czwartek. Półtora miliona dzielone na pięć daje trzysta tysięcy złotych polskich. Tyle wynosi jego dniówka. Tu przechodzę do literatury i najcenniejszej z przyznawanych w tym fachu nagród. Otóż piłkarz Rooney zarabia równowartość Nagrody Nobla, czyli 3,6 mln złotych, bo tyle ostatnio płacą, w dwanaście dni. Kończąc tę krótką refleksję, myślę sobie, że miał rację pół wieku temu Borys Pasternak, odmawiając przyjęcia Nobla. Napisanie „Doktora Żywago” zajęło mu dużo więcej czasu niż niecałe dwa tygodnie. Prawdopodobnie już wtedy wiedział, że pisanie się nie opłaca. Kiedyś mówiono do nieudaczników: „Było się uczyć za młodu”. Obecnie będzie to wyglądało inaczej: „Było kopać za młodu!”

wtorek, 8 kwietnia 2014

Piotr Lipiński „Geniusz i świnie”

Sygnalizuję pojawienie się na rynku księgarskim książki autorstwa Piotra Lipińskiego pt. „Geniusz i świnie”. Tytułowy geniusz to Jacek Karpiński. Człowiek, którego biografia mogłaby stać się materiałem do znakomitej powieści. Pełnej zwrotów akcji, walki, sukcesów i porażek. Karpiński był synem lekarki i konstruktora szybowcowego. Jego ojciec – Adam był przed drugą wojną światową uznanym himalaistą. To przy zdobywaniu jednego ze szczytów poniósł śmierć. Syn miał wówczas dwanaście lat. Wybuch wojny zastał jego rodzinę w Warszawie. Chłopiec czynnie uczestniczył w ruchu oporu. Lipiński szczegółowo opisuje jego działania. A były one bardzo różnorodne, od małego sabotażu do poważnych akcji z bronią w ręku. Karpiński miał szczęście, przeżył wojnę, chociaż poniósł poważny uszczerbek na zdrowiu. Ale do historii przeszedł jako konstruktor komputera, który na ówczesne czasy był czymś niezwykłym. Dość powiedzieć, że jego rozmiary przypominały dzisiejsze komputery, podczas gdy cały świat posługiwał się maszynami wielkości salonu! Opis walki o przekonanie komunistycznych decydentów do projektu, zdobywanie środków, siermiężność dostępnych materiałów (zespół Karpińskiego musiał część z nich wykonywać własnoręcznie, zamawiać w bardzo egzotycznych miejscach) i stopniowe niszczenie geniusza może wprowadzić w stan przygnębienia. Dość powiedzieć, że Karpiński w pewnym momencie porzucił pracę nad konstruowaniem nowych maszyn. Zamieszkał pod Olsztynem. Zajął się hodowlą świń. Polska nie stała się światowym potentatem komputerowym. K-202 nie podbił rynków jak chociażby fińska Nokia. Geniusza pokonały świnie, oczywiście, nie podolsztyńskie, ale te ubrane w garnitury i krążące po stołecznych gabinetach. 

sobota, 5 kwietnia 2014

Marcin Wroński z „Kryminalną Piłą”!

Marcin Wroński wiele razy był nominowany do Nagrody Wielkiego Kalibru i jak dotychczas na nominacjach się kończyło. Wielu wskazywało jego książki do głównej nagrody, życzyłem zwycięstwa autorowi książek z Lublinem w tle również i ja. Nie wiem, czy w tym roku Wroński otrzyma nominację ponownie do wrocławskiej nagrody, tym trudniej pisać o ewentualnym zwycięstwie. Jedno już jest jednak pewne. Wczorajszego wieczora Marcin Wroński otrzymał pierwszą, historyczną nagrodę za miejską powieść kryminalną „Kryminalna Piła”. Jury nagrodziło jego „Pogrom w przyszło wtorek”. Akcja powieści rozgrywa się w okresie powojennym, głównym bohaterem jest komisarz Maciejewski, o którym jeden z jurorów nagrody – Robert Ostaszewski napisał w tygodniku „Polityka”, że „mocno obrywa z każdej strony, ale podnosi się po każdym ciosie niczym Wańka-wstańka (…) I próbuje trzymać się własnych zasad”. Marcinowi serdecznie gratuluję i powoli szykuję się do lektury nowej powieści lubelskiego pisarza pt. „Haiti”. 

czwartek, 3 kwietnia 2014

„Ślubna suknia” Pierre Lemaitre

Ta powieść pojawiła się na rynku czytelniczym przed „Alex”. Przypomnę, że „Alex” jest historią śledztwa prowadzonego w sprawie zaginięcia, a potem tropienia tytułowej bohaterki, która morduje kolejnych ludzi za pomocą żrącej substancji. Prowadzi ją po mistrzowsku komisarz Camille Verhoeven. Piszę o tym nie bez powodu. Sophie Duguet ze „Ślubnej sukni” w moim odczuciu jest pierwowzorem Alex. Niestety, jak to z pierwowzorami bywa, mniej udanym niż przywołana postać krwawej, acz tragicznej bohaterki. Pomysł Lemaitre’a na „Ślubną suknię” był następujący. Oto młoda kobieta zaczyna mieć zaburzenia pamięci, przedmioty w jej otoczeniu w dziwny sposób zmieniają swoje położenie, mylą jej się daty, świat zaczyna się walić. Stan psychozy narasta. Poznajemy ją w chwili, kiedy jako opiekunka do dziecka, prawdopodobnie swojego podopiecznego uśmierca. Przerażona, na wpół żywa ze strachu, ucieka… Czy w „Alex” nie mamy podobnej sytuacji? Upokorzona, maltretowana kobieta ucieka swojemu prześladowcy. Obie panie są poszukiwane przez policję, obie dopuszczają się czynów karalnych… Obie są ofiarami mężczyzn. W „Ślubnej sukni” człowiekiem, który chce skrzywdzić Sophie, jest osobnik zakradający się pod jej nieobecność do mieszkania, grzebiący w komputerze, przestawiający jej samochód z ulicy na ulicę, podrzucający w sklepie do toreb z zakupami przedmioty, z których niespodziewanej obecności bohaterka musi się tłumaczyć ochronie marketu. Kiedy dodam, że prześladowca wynajmuje pokój naprzeciwko mieszkania kobiety, podgląda ją dniem i nocą, fotografuje w sytuacjach intymnych, zaczynamy mieć wątpliwości, czy to ona stoi za zabójstwem nieletniego, i zaczynamy widzieć w jej ucieczce desperacką próbę przetrwania. Czy rzeczywiście postradała zmysły? Lemaitre jest bardzo wiarygodny w budowaniu atmosfery osaczenia, niepewności, paranoi i irracjonalnych lęków. I chociaż miejscami przesadził z zabiegami mającymi stany te podkreślić, to i tak bije na głowę część autorów prozy z tzw. „głównego nurtu”, pogardliwie odnoszących się do literatury detektywistycznej. Nie będę zdradzał powieściowych wydarzeń. Powtarzam, „Ślubna suknia” to zapowiedź mistrzostwa, które autor osiągnął w „Alex”. Warto przeczytać chociażby po to, żeby śledzić rozwój talentu znakomitego Francuza.

poniedziałek, 31 marca 2014

Gówno

Ostatnimi czasy słowo to jest przez naszych rodzimych autorów odmieniane w każdym z możliwych przypadków. Jakże niesłusznie wydzieliny ludzkiego ciała mają negatywny wymiar. Publikacja nosząca tytuł „Ciemna materia. Historia gówna” ukazuje się w idealnym momencie. Może być ona wielce pomocna przy tworzeniu kolejnych tekstów i zweryfikuje pogląd na temat ekskrementów, którymi obrzucają się niemiłosiernie pisarze i pisarki na łamach prasy. Florian Werner, niemiecki pisarz i dziennikarz, postanowił przyjrzeć się łajnu, roli jaką odegrało i odgrywa w naszym życiu codziennym, lecz również w kulturze, nauce i sztuce. Poniżej zamieszczam fragment odnoszący się akurat do religii: „W dawnych czasach zresztą wiara w cudowną moc świętego gówna – niezależnie od tego, czy pochodziło od samego Zbawiciela, czy też od prostych duchownych – była szeroko rozpowszechniona. Kiedy na początku VII wieku Aed Uaridnach, późniejszy król Irlandii, przejeżdżał przez miasto Othna Muru, jeden z jego ludzi ostrzegł go, by nie mył rąk w przepływającej przez nie rzece. Dlaczego? – miał zapytać Aed. Rycerz odpowiedział po chwili wahania, że nieco w górę jej biegu na brzegu znajduje się ubikacja miejscowego księdza i woda zanieczyszczona jest ekskrementami. Dowiedziawszy się, że święty człowiek sra do rzeki, Aed natychmiast postanowił się w niej umyć. <<Nie tylko umyję w niej twarz – cytuje staroirlandzki manuskrypt – wezmę ją także do ust i napiję się (wziął trzy głębokie hausty), bo woda, do której wpadają jego odchody, jest dla mnie jak sakrament>>. Innymi słowy: ekskrementy księdza to swego rodzaju hostia. Widząc tak głęboką pobożność, duchowny przepowiedział Aedowi Uaridnachowi władzę nad całą Irlandią i długie życie, a po prowizorycznej fekalnej wieczerzy podał mu komunię”. I jak tu mówić o przysłowiowej „gównianej sprawie”, kiedy bohater opowieści za sprawą gówna zostaje królem?

sobota, 29 marca 2014

Bogusław Chrabota „Königsberg. Historia rodzinna”

Wczorajszego popołudnia wybrałem się na ulicę Radiową, przy której, jak łatwo się domyślić, znajduje się siedziba Radia Olsztyn. Sala konferencyjna była zapełniona do ostatniego miejsca. Gościem dziennikarki Ewy Zdrojkowskiej był pisarz, poeta i dziennikarz Bogusław Chrabota. Szerzej znany jednak jako redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”. Jak się wkrótce okazało, jego twórczość literacka zupełnie niesłusznie jest wymieniana jako zajęcie drugorzędne. Fragmenty książki pt. „Königsberg. Historia rodzinna” w interpretacji aktorki Teatru im. Stefana Jaracza Ireny Telesz i związanego z Radiem Olsztyn Jaromira Wroniszewskiego zrobiły duże wrażenie na publiczności. Publikacja Chraboty jest próbą literackiego zapisu losów mieszkańców Königsberga z czasów dla tego miasta najbardziej tragicznych, bo związanych z oblężeniem przez Armię Czerwoną. Autor ma bardzo emocjonalny stosunek do tego miejsca. W Kaliningradzie mieszkała jego babka, przesiedlona po wojnie do założonego przez Krzyżaków miasta. Miasta, które przez wieki przechodziło we władanie Polaków, Niemców, a obecnie należy do Rosjan. Ci ostatni zniszczyli je prawie całkowicie, nie pozostawiając śladów po dawnej świetności. Na spotkaniu z dziennikarzem jednej z największych polskich gazet nie mogło obyć się bez pytań o przyszłość polityczno-gospodarczą Kaliningradu i całego regionu bezpośrednio sąsiadującego z Warmią i Mazurami. Chrabota poddał w wątpliwość aktualność planów stworzenia z tego regionu europejskiego odpowiednika Hong Kongu, strefy wolnego handlu, przepływu ludzi i technologii, poszerzonych kontaktów z krajami Unii Europejskiej. Wydarzenia ostatnich tygodni na Ukrainie skutecznie proces ten odsunęły, być może na długie lata. Na koniec warto dodać, że Königsberg to ciągle miejsce słabo opisane przez literaturę. To tam mieszkał przez całe swoje życie filozof Immanuel Kant – rektor słynnej Albertyny. Dyrektorem tamtejszego teatru był kompozytor Richard Wagner, dzieciństwo spędziła Hannah Arendt, urodził się Abraham van den Blocke – projektant i wykonawca gdańskiego Neptuna, Złotej Bramy i Wielkiej Zbrojowni. Z Königsberga pochodzi fizyk Kirchhoff, którego dwa słynne prawa musi znać każdy uczeń (przynajmniej w teorii), wybitni matematycy: Hilbert i Goldbach, sławni architekci, lekarze, prawnicy, rzeźbiarze, malarze, naukowcy, pisarze, laureaci Nagrody Nobla. Szkoda, że przez dziesięciolecia, jak widać skutecznie, przemilczano wielką historię tego miasta. Niedawno pisałem na tym blogu o książce Hansa von Lehndorffa, który w swoim dzienniku z Prus Wschodnich opisał potworności wojny widziane z perspektywy Niemca – mieszkańca tych ziem. Książka Chraboty w pewnym sensie wchodzi w dialog z tamtą publikacją. Tutaj również mamy do czynienia z opisem bestialstwa i towarzyszącego mu ludzkiego dramatu.


Bogusław Chrabota


Irena Telesz

Jaromir Wroniszewski


Ewa Zdrojkowska


czwartek, 27 marca 2014

Michael Hesemann „Kłamstwa Hitlera”

Czytam „Kłamstwa Hitlera” autorstwa Michaela Hesemanna i nie mogę wyjść ze zdumienia, jak człowiek, który był od początku swojego życia zaprzeczeniem męża stanu, wodza i przywódcy, mógł tak łatwo oszukać własny naród, zdobyć władzę, by potem przynieść światu najstraszniejszą z wojen. Hesemann, punkt po punkcie, obala mity narosłe wokół osoby tyrana. Cytuje oficjalne materiały nazistowskiej propagandy oraz samego Hitlera. Dociera do dokumentów, które hitlerowcy próbowali zniszczyć, bądź zataić. Podaje nazwiska ludzi świadczących o faktycznej biografii największego zbrodniarza w dziejach ludzkości, zmuszanych do milczenia zwykle poprzez fizyczną eliminację. Hesemann pisze: „Hitler zimę 1909/1910 roku spędził jako miejski włóczęga. Żywił się w kuchni dla ubogich, spał w przytułku dla bezdomnych na Meidlingu. Tam też spotkał innego włóczęgę, Reinholda Hanischa (…) Obaj mężczyźni połączyli siły. Hitler malował akwarele według motywów z wiedeńskich widokówek, a Hanisch sprzedawał je handlarzom obrazów”. Potem Hitler ucieka z Wiednia do Monachium, by uniknąć powołania do wojska. Aresztowany, kłamie w austriackim konsulacie, że zgłosił się na komisję poborową, lecz ktoś tego nie odnotował. Próbuje uniknąć wojska. W rezultacie zostaje uznany za nienadającego się do służby frontowej, niezdolnego do noszenia broni. Jest wątły, cherlawy i wydelikacony. Pół roku później zaciąga się jednak do armii Cesarstwa Niemieckiego. Armia przyjmuje każdego, zaczyna się wszak wojna. Adiutant pułku, w którym służy, tak o nim mówi: „Hitler naprawdę nie miał wówczas według pojęcia wojskowego żadnych zadatków na przełożonego […] w końcu żołnierz musi się jakoś nadawać na <<dowodzącego>>”. Potem trafia w okolice Szczecina, do Pasewalku, gdzie mieści się lazaret. Powodem jest rzekoma ślepota, spowodowana atakiem gazu musztardowego. W „Mein Kampf” pisze, że podczas pobytu miał doświadczyć „przebudzenia” w stylu legend o świętych chrześcijańskich. „Cudem” odzyskuje wzrok. Dr Edmund Forster, naczelny lekarz neurolog w Pasewalku pisze o Hitlerze: „Psychopata z objawami histerii”. Forster w roku 1933, jak wielu znających Hitlera z przeszłości, popełnia samobójstwo. Zdąży jednak przekazać protokół badania swojemu koledze, który również za jakiś czas odbiera sobie życie. A jak przedstawia się kwestia jego antysemityzmu? W 1919 roku Karl Mayr, dowódca monachijskiego Wydziału Informacji, zatrudnia Hitlera w służbie propagandowej. Sam będąc antysemitą, tak mówi o przyszłym wodzu: „był tylko jednym z tysięcy byłych żołnierzy, którzy znaleźli się na ulicy i szukali pracy […]. W tym czasie Hitler przyjąłby posadę od kogokolwiek, kto byłby do niego przyjaźnie usposobiony […]. Dla żydowskiego czy francuskiego zleceniodawcy pracowałby równie chętnie, jak dla Aryjczyka. Kiedy spotkałem go po raz pierwszy, przypominał zmęczonego, wałęsającego się psa, który szuka swojego pana”. Kolejne strony książki Hesemanna obalają legendę człowieka, który kłamał konsekwentnie przez całe swoje życie. Tworzył swój wizerunek na półprawdach i zmyśleniach. W istocie był upokarzanym odludkiem z poczuciem niższości, rozpieszczanym przez matkę, siostrę Paulę i niedorozwiniętą umysłowo ciotkę. Słabym uczniem (dwukrotnie powtarzał klasy, nie zrobił matury), podawał się za pisarza, artystę malarza, a nawet architekta. Żadnego z tych zawodów nigdy nie wykonywał. By pozyskać względy robotników, głosił, że w młodości pracował jako pomocnik na budowie, w istocie „brzydził się wszelkim pospolitym zawodem uprawianym dla chleba”. Czytam książkę Hesemanna, a w miarę lektury pytanie postawione na początku powraca z coraz większą mocą. Jak to wszystko było możliwe?!

środa, 26 marca 2014

Wczoraj mnisi się wściekli!

Jak wiadomo wczorajszego wieczora Manchester City dokopał Manchesterowi United 3:0. Nie wszyscy jednak wiedzą, że oznacza to wielki smutek w Tybecie, a przynajmniej wśród tamtejszych mnichów. Skąd to wiem? Colin Thubron odbył niezwykłą podróż, którą nazwał pielgrzymką na święty szczyt. „Góra w Tybecie” to książka napisana kunsztownym, przepięknym językiem. Słynny brytyjski pisarz i podróżnik wśród zachwycających opisów krainy zawieszonej wśród chmur, pod samym niebem, umieścił także niewielką scenkę. To rozmowa jaką przeprowadził z mnichem Taszi:
„- Oglądają dużo telewizji? – pytam, nieco zdziwiony.
- O, tak. Mnisi bardzo się podniecają – zaśmiał się Taszi. – Wczoraj wieczorem wszyscy mnisi się wściekli.
- Dlaczego? – Wiedziałem, że ich spokój mógł być złudny. W Tybecie mnisi nadal stanowili zarzewie protestów politycznych, a przed wiekami klasztory ogarniał szał bratobójczych wojen.
- Chodzi o Manchester United. Wszyscy mnisi uwielbiają piłkę nożną. Wczoraj złościli się podczas meczu Ligi Mistrzów. Barcelona pokonała Manchester United, a wszyscy mnisi kochają Manchester United. Szkoda, że nie widziałeś, jak sprzeczali się przed telewizorem. Uważali, że sędzia jest stronniczy… Wściekali się, kiedy dawał kartki. Zaczęli krzyczeć.
- Sądziłem, że wieczorem mnisi się modlą – mówię, potrząsając głową.

- Cóż, może to taki rodzaj medytacji. Koncentrują się na piłce, a reszta świata znika…”

wtorek, 25 marca 2014

Kryminalna Piła - finaliści

Warszawa, Lwów, Lublin, Grodzisk Wielkopolski i maleńkie Krotowice. Wszystkie te miejsca łączy jeden temat. Jest nim przestrzeń miejska, w której osadzono kryminalną intrygę, a ściślej rzecz ujmując, umieszczono w tych miastach akcję książek autorów powieści z dreszczykiem. Wymienię po kolei finalistów konkursu na najlepszą powieść miejską „Kryminalna Piła” oraz ich książki: Tadeusz Cegielski „Tajemnica pułkownika Kowadły”, Ryszard Ćwirlej „Śmiertelnie poważna sprawa”, Wojciech Chmielarz „Farma lalek”, Paweł Jaszczuk „Akuszer śmierci” oraz Marcin Wroński „Pogrom w przyszły wtorek”. Cóż można powiedzieć o finałowej piątce? Zwraca uwagę fakt, że tylko jedna z książek ma akcję rozgrywającą się współcześnie, to powieść Chmielarza. Pozostałe rozgrywają się tuż przed II wojną światową (Jaszczuk), chwilę po jej zakończeniu (Wroński), w latach pięćdziesiątych (Cegielski) i osiemdziesiątych (Ćwirlej). Wszystkie wyszły w dużych wydawnictwach. Wśród finalistów nie ma kobiet. Autorzy nie są debiutantami. Cieszy mnie obecność pisarza z Olsztyna, czyli Pawła Jaszczuka. Wszystkim finalistom, rzecz jasna, gratuluję. Kto zdobędzie pierwszą w historii „Kryminalną Piłę” dowiemy się czwartego kwietnia. 

niedziela, 23 marca 2014

Zjeść ciastko i ciągle je mieć

„Gazeta.pl” zamieszcza dzisiaj tekst traktujący o polskich kryminałach, w którym pojawia się teza o rosnącej potędze naszych rodzimych autorów. Dziennikarz kryjący się pod skrótem mwi wymienia z nazwiska pisarzy, opisuje sytuację jeszcze sprzed kilku lat, kiedy to piszących kryminały było ledwie kilku. Wylicza kraje, w których ukazały się albo ukażą polskie powieści kryminalne, przywołuje do tego nakłady i plany filmowców pragnących twórczość polskich autorów kryminalnych przenieść na duży ekran. Wszystko to wygląda pięknie i okazale, nakazuje widzieć przyszłość w tęczowych barwach. Mnie jednak uporczywie dręczy myśl o natrętnym, nie pierwszy zresztą raz, promowaniu nazwisk twórców przeze mnie cenionych, acz z kryminałem mających związek, by tak rzec, wątły. Cenię Joannę Bator za książki z Wałbrzychem w tle, nijak jednak nie mogę uznać ostatniej pozycji autorki, która wyszła w cenionej w środowisku serii „Archipelagi” z założenia prezentującej książki o zupełnie innym profilu, za powieść kryminalną. Można w tym miejscu złośliwie powiedzieć, że „jeszcze się taki nie narodził, co by kryminał Nagrodą Nike nagrodził”. Joanna Bator za „Ciemno, prawie noc” tę prestiżową nagrodę otrzymała, zaś przywołana „Gazeta Wyborcza” dzień po wręczeniu pisarce lauru porównała jej metodę pisania do strategii stosowanych przez Tadeusza Konwickiego, którego za twórcę kryminałów uznać raczej trudno. Inny z naszych czołowych „kryminalistów” to Michał Witkowski. Tutaj odsyłam na stronę Instytutu Książki – oficjalnej tuby promującej polskich autorów w kraju i za granicą, prezentującej ich książki w katalogach pokazywanych na międzynarodowych targach. Oto recenzent „Drwala” tak pisze o tej pozycji: „Drwal jest świetną prozą najeżoną absurdem i groteską, jednak rozpatrywany osobno jako kryminał absolutnie się nie sprawdza. Wątek kryminalny jest płaski, nad logiczną strukturą narracji górę biorą chaotyczne dygresje”. Witkowski za tę książkę nominację do Nike dostał, nic mi nie wiadomo natomiast o jakichkolwiek laurach w środowisku kryminalnym. A przecież autor, jako mieszkaniec Wrocławia, na finałową galę miałby zdecydowanie bliżej niż chociażby Paweł Jaszczuk z Olsztyna – laureat Nagrody Wielkiego Kalibru, tłumaczony na język niemiecki w prestiżowym monachijskim wydawnictwie DTV. Słowa jednak w tekście o autorze lwowskiej serii nie ma. Zapewne z braku miejsca. Myślę też, że takie pseudopromocyjne działania mogą tylko polskiemu kryminałowi zaszkodzić. Zrazić czytelników do gatunku, który po latach powraca. Niemcy w takich sytuacjach mówią: „Nie możesz tańczyć na dwóch weselach jednocześnie”. U nas wygląda to inaczej. Mam wrażenie, że gdyby naszym pisarzom za jakiś czas opłacało się zostać autorami wziętych romansów, szybko by im to umożliwiono, napisano kolejny entuzjastyczny tekst, nie przestając, rzecz jasna, rozpatrywać ich kandydatur do Nike. 

czwartek, 20 marca 2014

Przyganiał szowinista szowiniście

Jakiś czas temu Małgorzata Kalicińska, odnosząc się do nominacji do Nike, upomniała się o optymizm w literaturze. Ten blogowy wpis poczytnej autorki literatury kobiecej wywołał reakcję Ignacego Karpowicza, który komentując jej twórczość, nie przebierał w słowach. „Stolarz rzekłby: »Z gówna nie da się zrobić coś«” – puentował. Niektórzy uznali go wówczas za szowinistę. Niektórzy, czyli chociażby autorzy manifestu „Alice Munro nie miałaby u nas szans”. Co ciekawe, motyw gówna okazuje się całkiem nośny. Kaja Malanowska w szeroko komentowanym wpisie na Facebooku, w którym użala się nad stanem swoich finansów, kilkakrotnie używa tego określenia, popisując się prawdziwą finezją słowa. W minionym tygodniu o gównie akcentowanym przez Malanowską, w „Dużym Formacie” napisał Krzysztof Varga. W typowo felietonowej stylistyce pozwolił sobie na dość jednoznaczne sugestie (strzelenie sobie w łeb) i także zwrócił uwagę na wyjątkowo wyszukany sposób wypowiadania się autorki. Vargę również uznano za szowinistę. Między innymi zrobiła to Eliza Szybowicz, stając w obronie obrażonej koleżanki z Krytyki Politycznej. Aż wreszcie Karpowicz, nazywany szowinistą, zdecydował, że szowinistą większym jest Varga. Nie omieszkał tego zaznaczyć w polemicznym felietonie w dzisiejszym „Dużym Formacie”. I tak znane przysłowie: „przyganiał kocioł garnkowi” po raz kolejny okazało się bardzo realistyczne. Szowinista szowiniście przygania, a gówno, najistotniejsze w tej sprawie, ma się całkiem dobrze. 

środa, 19 marca 2014

Peter May „Czarny dom”

„Fin myślał o tym, jak smutne jest życie tej młodzieży. Niewiele albo nic do roboty, presja społeczności, którą wciąż pętała surowa i posępna religia. Kryzys ekonomiczny, wysokie bezrobocie. Alkoholizm na porządku dziennym, współczynnik samobójstw znacznie powyżej średniej krajowej”. To fragment powieści Petera Maya pt. „Czarny dom”. Powieściowy Fin jest policjantem, który dzieciństwo i młodość spędził na wyspie Lewis. Po latach przybywa w rodzinne strony, żeby rozwiązać zagadkę brutalnego morderstwa. Dodam, że ofiara to, jak wszyscy tutaj, znajomy Fina z lat szkolnych. Zbrodnia bardzo przypomina inną, dokonaną w stolicy Szkocji, Edynburgu. Pytanie tylko, czy stoi za nią ten sam sprawca? „Czarny dom” to pierwsza część kryminalnej trylogii z Finem Macleodem – bystrym inspektorem krążącym po mrocznej wyspie między ludźmi, którzy pogodzili się ze swoim losem i zostali na Lewis. Mnie powieściowy świat Maya przypomina biedne rejony naszego kraju, takie jak chociażby popegeerowskie wsie i miasteczka Warmii i Mazur, których obraz jest uparcie zakłamywany przez bzdurne historyjki o „prowincji pełnej miodu i mleka”. Peter May to świetny rzemieślnik. Jego opis sekcji zwłok zamordowanego może skutecznie zniechęcić do spożywania posiłków przez resztę dnia. Autor w Wielkiej Brytanii ma status literackiej gwiazdy, trylogia rozeszła się w milionowym nakładzie. Dobrze to świadczy o gustach brytyjskich czytelników, którzy prócz doskonałej historii detektywistycznej otrzymują barwny, mocny obraz szkockiej prowincji. Powtórzę więc: Peter May „Czarny dom”, szczerze polecam!

poniedziałek, 17 marca 2014

Oglądać siebie za kilka lat, czyli poniedziałkowa melancholia

Miłą niespodziankę sprawił mi olsztyński oddział TVP. Po zestawie płyt z programem „Bookriders”, w którym swego czasu wspólnie z Włodzimierzem Kowalewskim odpowiadałem na pytania Joanny Wilengowskiej, niedawno otrzymałem płyty DVD z materiałem o „Książkach pod żaglami”. Tutaj miałem przyjemność opowiadać o swoich powieściach kryminalnych w towarzystwie Pawła Jaszczuka. Czas płynie bardzo szybko. Za kilka lat zasiądę przed telewizorem, będę słuchał ludzi, którzy uczestniczyli w tych projektach. Patrzył na siebie młodszego, widzącego sprawy z ówczesnej perspektywy. Będę obserwował miasto i miejsca, które, jak wszystko dookoła, podlegają upływowi czasu, jego nieuchronności. Zapewne zmienią się. Co wtedy o sobie pomyślę? Jak ocenię ten czas? Czy dobrze go wykorzystałem? Czy decyzje wówczas podjęte były słuszne? 

sobota, 15 marca 2014

„Rebelia” w Katowicach

Jedni płaczą nad swoją sytuacją na rynku książki, inny zwyczajnie pracują. Pisałem kilka dni temu o sukcesie Włodzimierza Kowalewskiego jakim zapewne będzie film na podstawie jego powieści. Dzisiaj informuję o kolejnym wydarzeniu związanym z twórczością moich olsztyńskich kolegów po piórze. Oto już za niecały tydzień, bo 21 marca, w katowickim Teatrze Śląskim, odbędzie się premiera sztuki opartej na powieści pt. „Rebelia” Mariusza Sieniewicza. Pisarz za swoją antyutopię o świecie opętanym kultem młodości otrzymał kilka znaczących wyróżnień, bo za takie uznać należy nominacje do Nagrody Nike i Paszportów Polityki. Twórcy spektaklu mieli zatem dobry materiał do pracy. Jak im to wyszło, okaże się wkrótce. Do Katowic z Olsztyna droga daleka, mam zatem nadzieję, że uda się ściągnąć sztukę za jakiś czas do rodzinnego miasta pisarza i pokazać ją również tutaj. 

piątek, 14 marca 2014

Las, las. Ch… po pas!

Głośno się zrobiło o lamencie pewnej autorki trzech pozycji książkowych, która domaga się dużych pieniędzy za swoją twórczość. Sieciowi interlokutorzy owej twórczyni sugerują m.in. żeby próbowała pozyskać jakieś stypendium twórcze. Warto wiedzieć, że otrzymać stypendium można po złożeniu odpowiedniej aplikacji. Bywa też, że potencjalny stypendysta musi przedstawić szanownej komisji stypendialnej swój projekt osobiście. Być może autorka trzech pozycji książkowych uczestniczyła w takim castingu na stypendystkę i ma awersję do pozyskiwania środków finansowych w ten sposób. Tutaj ją rozumiem. W olsztyńskim ratuszu, dekadę temu, wyglądało to mniej więcej tak:

„Wbiegłem na drugie piętro. Połowę korytarza wypełniali ludzie.
- Nowy? – Zapytała mnie leciwa sprzątaczka poprawiająca szmatę stanowiącą granicę oddzielającą schody umazane białą mazią od piętra.
- Nowy – rzuciłem sapiąc, chociaż czułem, że moja odpowiedź jest bez związku.
- Toż widzę, że nowy. Bo bym znała przecież. – Kategorycznym ruchem nakazała mi wytrzeć obuwie. To po co pytasz, pomyślałem sprawdzając podeszwy. Jak wiesz. Przezornie jednak zachowałem tę uwagę dla siebie.
– Na co bierze? – Rzuciła bez większego zainteresowania. Odłożyła szmatę, poprawiła chustkę na głowie.
Milczałem.
- Bo taki malarz Laszczyk to robi w piasku, ale on to sobie piasek zniósł we workach, a teraz się turlał będzie. Koncepcyjnie. – Skierowała wzrok na tłum pod drzwiami. Na faceta siedzącego po kolana w piachu jak dzieciak w piaskownicy.
Teraz i ja uważniej obejrzałem zebranych. Byli to ludzie w różnym wieku, młodzi i starzy, płci obojga. Jedni siedzieli na krzesłach w milczeniu, nad czymś głęboko rozmyślali. Inni krążyli mrucząc coś pod nosem. Byli i tacy, którzy ściskali się za ręce, poklepywali serdecznie. Dostrzegłem ludzi z wielkimi czarnymi teczkami. Ludzi skrobiących coś maczkiem na dłoniach. Ludzi wykonujących jakieś skomplikowane figury akrobatyczne. Ktoś klęczał przed ścianą, ktoś płakał, inny się śmiał. Grupa ludzi otoczyła faceta, który śpiewał jakąś wiązankę pieśni patriotycznych.
Sprzątaczka przepytywała mnie dalej.
– A on nie chce powiedzieć? – Teraz w jej oczach dostrzegłem autentyczną ciekawość.
- Będę pisał książkę. – Wypaliłem wreszcie.
- A jak będzie pisał, to niby gdzie? Że niby tu? Na betonowej posadzce? A niby jak? Niby czym?
- No, jak tak mówię ogólnie – Odparłem ogólnie. Teraz obok mnie przebiegło smagłe dziecko w jednym bucie.
- Gdzie mi tu! – Sprzątaczka machnęła szmatą za biegnącym – Cyganiaki cholerne! Do roboty by matka z ojcem poszły, a nie dzieci na żebry posyłają. Stypendysty pieprzone! Już ja bym wam dała stypendia! – Omiotła wzrokiem tłum – Wszystkim wam bym dała, nieroby jebane! Po państwowe łapy wyciągają. Dwa, trzy etaty każden bierze, w telewizji mordy pokazują. Ten siwy z brodą, ten na fotelu, rok w rok przyłazi i rok w rok dostaje. Artysta. Puszkę butaprenu kupi, połowę wywącha a na drugą kwiaty z trawnika przyklei. Dzieło sztuki. Tfu! Cyganiaki znowóż na buty biorą. Tancerze. Nazłaziło się dziadostwa za osiemset dwadzieścia cztery brutto. Na pół roku bierą, a taki Laszczyk to i dłużej nawet W zeszłym roku śniegu naznosił, kulek nalepił i w rurki, takie jak w lotto mają, wkładał. Mieszał ze sadzą i wypuszczał z drugiej strony dzieło sztuki. Ile ja się potem musiałam korytarz naczyścić! Cyganiaki to tylko na dwa miesiące, dlatego w jednym bucie każden gania. Za miesiąc przyniosą drugi. Nogi by brudasy pomyły. Albo ta sucha przy poręczy. Wiersze pisze. Łąka, las, jezioro. Jezioro, łąka, las. Las, las. Chuj po pas! Takie wiersze to i ja mogę pisać. Tyle, że mnie osiemset dwadzieścia cztery żaden urzędnik nie da. A on mówi, że na książkę? – znów spojrzała na mnie - Ho, ho, cwaniak musi być niezły! To czym będzie pisał? Łapki ma delikatne. Jeszcze se pokaleczy, odcisków narobi. A takie ręce do sztuki to widział? – I wystawiła pazury tuż przed moim nosem.
Bardzo szybko zbiegłem po schodach”.